analizaphotography

23.11

Posted in twilight by analiza on 23 listopada 2009

cóż, nie byłabym sobą gdybym nie napomknęła o piątkowej premierze „Księżyca w nowiu”, na której nie mogło mnie przecież nie być. :)

Eh, no właśnie. Właściwie mam mieszane uczucia po obejrzeniu tej, kolejnej już ekranizacji Zmierzchu, książkowej sagi o wampirach którą niezmiennie i szczerze uwielbiam.
Bardzo chciałabym napisać jak to porwała mnie fabuła i jak niesamowicie wzruszyłam się rozstaniem Belli i Edwarda na samym początku historii. A jednak. Nic takiego się nie wydarzyło. Miło jest oglądać ‚na żywo’ obrazy, które do tej pory istniały jedynie w zakamarkach wyobraźni, wizje stworzone podczas czytania książki, i w tej kwestii reżyser spisał się całkiem całkiem.  Starał się pokazać jak najwięcej, zmieniając jak najmniej. Pozostać maksymalnie wierny pierwowzorowi. Być może to jednak przyczyniło się do dziwnego wrażenia, że czegoś jest za dużo. Z drugiej strony należy postawić pytanie czy gdyby któregokolwiek z elementów zabrakło, gdyby wyciąć niektóre fragmenty – nie brakłoby czegoś, jakiegoś ważnego elementu układanki, który spaja całą historię.
„Lekarstwem” mogłoby okazać się podzielenie filmu na dwie części. Korzyści wydają się oczywiste: fani byliby wniebowzięci – dwie części gwarantowałyby możliwość zamieszczenia większej ilości scen i szczegółów, których przecież nigdy za wiele, a zmniejszenie natłoku wątków przyczyniłoby się do większej przejrzystości fabuły.
Krytycy /gł. amerykańscy/ oceniają „Zmierzch – Księżyc w nowiu” jako wysoce nielogiczny, tandetny, mało emocjonujący i po prostu zły film. Pomijam fragmenty, w których szufladkują go jako przeznaczony jedynie dla nagrzanych nastolatek. Cóż, moim zdaniem opinie ‚znawców’ są mocno przesadzone, nie można przecież spodziewać się po ekranizacji sagi o wampirach i wilkołakach logiki czy wyrafinowania w sztuce filmowej. „Jaki koń jest każdy widzi” chciałoby się rzec.
Poza tym mój odbiór zawsze pozostanie w pewnym sensie stronniczy, patrzę bowiem z perspektywy /jeszcze/ dwudziestolatki, która książkową serię przeczytała conajmniej 2 razy więc nie gubi się w pokręconych stosunkach na linii Bella –  Edward – Jacob. Reżyser nie musi więc ‚tłumaczyć’ mi emocji kierujących bohaterami. Zresztą nie musi tego robić nikomu, kto sięgnął po sagę.
Jedyne, co doskwierało mi podczas oglądania filmu to niezbyt fortunnie skonstruowane omamy Belli, w których pojawia się Edward. Oczywiście, Pattinsona nigdy za wiele, ale sądzę, że duch o nienaturalnych proporcjach raczej śmieszy niż wzrusza. Jakiś taki za duży. :) Poza tym sielankowy urywek wizji Alice wywołuje… yyy… no przegięli :)

Niemniej jednak wielce prawdopodobnym jest, że po ponownym obejrzeniu sequelu /co stanie się niewątpliwie w ciągu najbliższych 24 godzin;)/ przekonam się do wizji reżysera i wyzbędę się wszelkich obiekcji, a tym samym pokocham także tę część. Tak, to prawdopodobne.
:)
poza tym ubolewam odrobinę nad soundtrackiem, ponieważ podczas filmu nie wychwyciłam jedynej piosenki, która skradła moje serce… polecam posłuchać :

Reklamy

Jedna odpowiedź

Subscribe to comments with RSS.

  1. orszula said, on 26 listopada 2009 at 0:20

    Utwór, który zwrócił moją uwagę (sama swoją obecnością) to Muse – I belong to You, ale tylko dlatego, że utwór znam. Oderwał mnie na chwilę od sceny, w której Bella mówi Charliemu, że jedzie z przyjaciółkami na zakupy. Świetny utwór.

    Sielankowa scena? Cała sala kinowa ryknęła śmiechem ;]


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: